Historia

Wywiad z żeglarzem Józefem Głowackim

Zapraszamy do obejrzenia rozmowy z emerytowanym żeglarzem, Panem Józefem Głowackim. Pan Józef był pierwszym głuchym żeglarzem w Polsce, który uzyskał patent żeglarski.

[Maciej Joniuk]: Witam. Cieszę się, że mam możliwość rozmawiać z ciekawą postacią. Proszę się przedstawić.

[Józef Głowacki]: Nazywam się Józef Głowacki. Mój znak migowy to „głowa”. Witam Was serdecznie.

Jest Pan emerytowanym żeglarzem seniorem. Był Pan prawdopodobnie pierwszym głuchym żeglarzem w Polsce pływającym samodzielnie i rekreacyjnie. Napisał Pan książkę „W ciszy pod wiatr”. Właśnie dostałem od Pana książkę. Bardzo za nią dziękuję. Dlatego chcę trochę porozmawiać o historii żeglarstwa wśród głuchych. Ale chcę najpierw zadać pytanie, dlaczego Pan napisał książkę?

Przede wszystkim chciałem ze swojej przeszłości zapisać autentyczny i piękny zakres ze swojej historii wobec sprzeczności i zdyskredytowania mojej osoby.

Początki w Spółdzielni Inwalidów „Świt”

Jak Pan został żeglarzem i w jakiej okolicznościach zaczął się Pan angażować w żeglarstwo?

Był rok 1985. Nie, 1984. Pracowałem w spółdzielni inwalidów „Świt”. To była duża branża kosmetyczna. Pracowałem w dziale kosmetyki, zajmowałem się perfumami, kremami i innymi produktami kosmetycznymi. Tam w zakładzie wtedy pracował prezes do spraw rehabilitacji, który był bardzo zajęty różnymi sprawami. Był wielkim miłośnikiem żeglarstwa. Postanowił organizować żeglarstwo dla wszystkich pracowników w celu rekreacyjno-wypoczynkowym. Udało mu się. Uczyliśmy się od podstaw aby zdobyć patent żeglarski. Dużo osób brało udział w szkoleniu.

Kurs żeglarki

[Józef Głowacki]:
Prezes zobaczył, że ja, jako głuchy, dużo działam, pomagam niepełnosprawnych uczestników, dużo mówiłem i namówił mnie, żebym poszedł na kurs żeglarskich dla słyszących. A to, że ja jestem głuchy to nie miało znaczenia, bo dobrze czytam. Były wykłady, na które trzeba chodzić przez 3 miesięcy. Nie chciałem tego, postanowiłem uczyć się z książek.

Potem był drugi kurs – tym razem praktyczny. Tam było inaczej. Zacząłem tam uczyć się żeglowania od kwietnia do końca czerwca na Zalewie Zegrzyńskim w każdy weekend. Byłem w takiej grupie, że postanowiłem ją szybko opuścić i dołączyłem do innej, fajnej grupy.

W grupie był taki młody bystry chłopiec i umiał żeglować. Z nim dogadałem się świetnie i zaczął się uczyć języka migowego. Wszystko już umiał. Super się współpracowało.

„Czy głuchy może być żeglarzem?”

[Józef Głowacki]:
Jak szkolenie się skończyło, przyszedł czas na egzamin. Kiedy egzaminator zobaczył, że jestem głuchy, kazał mi pojechać do Okręgowego Związku Żeglarskiego zapytać się, czy głuchy może przystąpić do egzaminu. Otrzymałem odpowiedź: „Nie ma problemu, może Pan zdać egzamin”. No i zdałem egzamin, i jako pierwszy głuchy zdobyłem patent żeglarski. Byłem jako jedyny głuchy, nie było innej głuchej osoby z patentem.

Sekcja żeglarska

[Józef Głowacki]:
Później utworzyliśmy sekcję żeglarską. Grupa była duża. Prezes spółki „Świt” zamówił 4 łodzie w stoczni w Szczecinie. Były to duże łodzie żaglowe. Takie średnio duże, podobne jak duży samochód FIAT. Po konsultacji osób z sekcji żeglarskiej padła decyzja o podziale załóg na 4 grupy. W jednej z grup zostałem wybrany na drugiego bosmana. Po jakimś czasie główny bosman zrezygnował i go zastąpiłem. Tam przewoziliśmy łódki na Wisłę. Zanim łódki trafią na wodę, najpierw musieliśmy nauczyć się je przygotować. Wreszcie postawiliśmy łódki na wodę i płynęliśmy za pomocą silnika z Wisły nad zalew aż do bazy Yacht Klub koło Serocka. To było miejsce tymczasowe.

Po dwóch latach udało nam się dostać do przystani „Wodniak”, przy ujściu Kanał Żerańskiego. Posiadanie patentu żeglarskiego nie wystarczyło, żeby zdobyć doświadczenie. Dlatego od tej chwili mogliśmy już więcej pływać według własnego wyboru.

Rejs morski po Bałtyku

[Józef Głowacki]:

Później (w 1987 roku) prezes podjął nowe wyzwanie – zorganizował rejs po Bałtyku dla niepełnosprawnych. Zaczęliśmy współpracować z różnymi instytucjami żeglarskimi np. z Polskim Związkiem Żeglarskim. Nie mogłem sobie jednak pozwolić na zbyt duży, aktywny wypoczynek. Moja praca była ważna. Pracowałem po 7-8 godzin. Nie mogłem za dużo zwalniać się z pracy. Oszczędzałem na urlop wypoczynkowy z rodziną, aby wyjechać gdzieś np. na narty. Za dużo brałem urlopów na żaglowanie, dlatego postanowiłem je ograniczyć tylko do sobót i niedziel, kiedy miałem wolne. Kiedy miałem okazję, żaglowałem.

Prezes zorganizował rejs morski po Bałtyku. Popłynęliśmy z Władysławowo do Szczecina, Świnoujście 3 rejowej brygantyni. Dużo by gadać. Jeszcze jedna taka ciekawostka. Kiedy dopłynęliśmy do Gdyni, zacumowaliśmy tuż przy wielkim „Darze Młodzieży”, gdzie było pożegnalne przyjęcie, a następnie nocleg. Rankiem wraz z Krysią Bąkowską – niesłyszącą koleżanką z mojej załogi, miłośniczką żeglarstwa – na pokładzie zastaliśmy niespodziankę, czyli stos plecaków na pokładzie. A obok stała młoda, głucha dziewczyna. Okazało się, że ona była w grupie młodzieży z Instytutu Głuchych z Placu Trzech Krzyży w Warszawie. Po naszym rejsie miała popłynąć w swój pierwszy próbny rejs po Zatoce Gdańskiej – dzięki inicjatywie Witolda Tomaszewskiego, ówczesnego pedagoga Instytutu Głuchych i działacza Polskiego Związku Żeglarskiego. Wróciłem potem do „domu” pływając głównie dla relaksu.

„Operacja Żagiel” i sztorm

[Józef Głowacki]:
Potem, w roku 1989, prezes Linke zorganizował rejs w ramach Operacji Żagiel – największego w Europie corocznego przedsięwzięcia żeglarskiego w obsadzie krajowej i międzynarodowej. Płynęliśmy w pierwszym etapie z Krysią Bąkowska z Trzebieża koło Szczecina do Londynu, w II etapie do Hamburga a potem w III etapie stąd do Malmo. Była to dla mnie duża atrakcja, przeżyłem sztorm na Morzu Północnym, kiedy wypłynęliśmy z Kanału Kilońskiego. Sztorm szalał przez dwa dni, a trzeba było przecież wykonywać wszystkie normalne czynności. No i jak im sztorm zbliżał się końca, tym unosiło się (fali?) a nasza wachta tzn. ja wówczas sprawowałem przy sterze na pokładzie. Sterowałem wachtę ale po jakimś czasie oddałem ster, żeby odpocząć. Mieliśmy grube, ciepłe ubrania. Po godzinie 12. sztorm szalał potężnie, pędził białe grzywacze fal, które co chwilę zwalały się na pokład. Było osiem osób w załodze ale potem osoby rozchorowały się, miały katar, były blade. Zostały nam 3 osoby na pokładzie. Ja, drugi ten niepełnosprawny żeglarz z Berlina i pozostałe 2 kobiety, które nic nie robiły. Na mostku kapitańskim ster sprawowaliśmy ja i Niemiec, na pokładzie ustawionym kursem na północ na ostrym bajdewindzie. Sztorm był tak potężny, że co chwilę fale zwalały się na pokład. Sterowałem dzielnie, długo, ale po jakimś czasie oddałem temu Niemcowi. Nazywa się „Rudi”. Kiedy poszedłem spać, sztorm się uspokoił. Kiedy się obudziłem, morze było już spokojne.

W Londynie

[Józef Głowacki]:
Podziwialiśmy fortece przeciwlotnicze, potem popłynęliśmy do ujścia Tamizy. Przyszli do nas policjanci rzeczni i skonsultowaliśmy z nimi, żeby zaczekać na odpływ, a w sprzyjającym momencie przy pomocy policji wpłynąć na niezwykle ruchliwą Tamizę. I w niedzielę, w samo południe znaleźliśmy się w samym sercu Londynu, tuż za słynnym mostem Tower Bridge – na oczach licznie zgromadzonych ludzi na brzegu, przyglądających się nam jako jednym z pierwszych przybyłych na tę wielką imprezę.

W samym centrum… W Londynie?

Tak, w Londynie. Kiedy wypłynęliśmy przez most, po prawej stronie stał zamek, wiecie, słynny królewski zamek a po lewej… ludzie siedzący przy kawie, bulwar… My, jako niepełnosprawni, mieliśmy przywilej przycumowania do specjalnego pomostu, z którego łatwo było zejść na ląd bezpośrednio z żaglowca. Zakotwiczono nas obok „Lorda Nelsona”, pięknego dużego żaglowca. Zauważyliśmy, że ten żaglowiec jest przystosowany w pełni dla osób niepełnosprawnych Wyposażony został w windy, koleiny na pokładzie, umożliwiające stabilizację wózków oraz przestronne prysznice i toalety. Szerokie platformy na masztach pozwalają na wciąganie na nie osób na wózkach i inne ułatwienie. Tymczasem przybywało mnóstwo żaglowych jednostek z wielu krajów: małych i wielkich, przeróżnych rodzajów i klas, współczesnych i antycznych. Na tym kończył się mój londyński epizod żeglarski. Było krótko, ale dużo widziałem. Po nas przybyła młodzież słysząca pracowników „Świt”, w tym moja córka. Odbyły się tam regaty do Hamburga, a potem do Malmo. Potem wróciły do Warszawy.

1989 — wielki kryzys

[Józef Głowacki]:
Na następne lata planowano kolejne rejsy, tym razem do Florydy (USA), ale w 1989 z powodu politycznych zmian, nastąpił kryzys. Wolny rynek wykończył konkurencyjność naszej spółdzielni w stosunku do renomowanych marek zachodnich. Nastał kryzys i to, co wydało się piękne, stało się nieaktualne. Ludzie odchodzili ze spółdzielni, szukali nowej pracy, zmieniało się ich życie. Potem – decyzją Zarządu Spółdzielni – łodzie jachtowe, podobnie jak cały sprzęt turystyczno-rehabilitacyjny, zostały wystawione na sprzedaż w ramach przetargu. Kiedy się dowiedziałem o tym, załamałem się. Nie mogłem żyć bez żeglarstwa. Na szczęście miałem dobrych ludzi pasjonujących żeglarstwem, w tym prezes Linke, który powiedział, żebym kupił bez zastanowienia łódkę wystawioną na sprzedaż. Dlatego przystąpiłem do przetargu. Mimo, że sporo ludzi było na przetargu, żaden mnie nie pokonał. No i wygrałem przetarg na zadbaną łódkę. Dokupiłem wózek holowniczy, silnik przyczepny i inne osprzęty. I stałem się właścicielem łódki.

Głowiąc się wtedy, jak sobie z nią poradzić, co z kosztami utrzymania oraz przechowania osprzętu, umówiłem się ze Zbigniewem Gumińskim, bowiem posiadał On idealne warunki do transportu i przechowywania łodzi.

1987 – początki współpracy z Panem Zbigniewem Gumińskiem

[Józef Głowacki]:
Przepraszam, cofnę się o 4 lata wstecz, na rok 1987. Zamiast wyjazdu na żagle nad morzem, wybieraliśmy się z rodziną do Jugosławii nad Adriatyk. Miałem wtedy taki mały samochód – maluch. Pomyślałem, że może bezpieczniej byłoby pojechać z kimś w dwa samochody. W swoim środowisku wypatrzyłem Zbigniewa Gumińskiego, który przystał na ten pomysł. Załatwiliśmy vouchera i ruszyliśmy w drogę, ja swoim maluchem z rodziną, a Zbigniew – polonezem z rodziną. Tam pozwiedzaliśmy, pogadaliśmy o żeglarstwie, a on był taki zaciekawiony. Wracaliśmy do Polski. Po jakimś czasie zaprosiliśmy rodzinę Gumińskich na moją łódkę. Popływaliśmy trochę. Oni, w tym mały Tomek, byli zachwyceni żeglarstwem. Łódka nie była moją własnością, bo należała do klubu, ale zajmowałem się łódką i często razem pływaliśmy. Wracamy do roku 1991.

1991 – mazury

[Józef Głowacki]:
Moja spółka żeglarska nawiązałem współpracę ze Zbigniewem Gumińskim na stale. Miałem wtedy wiele znajomych w środowisku żeglarskiego, duże doświadczenie w żeglarstwie a Zbigniew posiadał własny transport i dobre warunki do przechowywania łódki w swoim domu. Razem sobie pomagaliśmy. Miałem dobre relacje ze Zbigniewem Gumińskim. Rok później ja z prezesem Zbigniewem Linke będącym już na emeryturze, mieliśmy wyprawę po Mazurach. Linke bardzo dobrze znał wszystkie miejsce na Mazurach, miał własne łódki. Jego ojciec miał starą łódkę „Zosia” (nie pamiętam dokładniej nazwy), zwiększyliśmy łódkę i domontowaliśmy parę rzeczy. Ludzie patrzyli. Potem razem płynęliśmy. Zabrałem do mojej łódki Zbigniewa Gumińskiego z synem Tomkiem. Gumiński senior świetnie pracował na łódce.

Ponownie rejs po mazurach

[Józef Głowacki]:
W drugim, następnym roku byliśmy znowu na Mazurach, ale tym razem trochę w innym składzie. Ja z żoną, kolega Gumiński z żoną, a Tomka wtedy nie był z nami, był czymś zajęty. Pływaliśmy dużo. My głusi żeglarzy jesteśmy tacy sami jak słyszący żeglarzy, tak jak wy głusi kierowcy prowadzicie podobnie jak słyszący. Kiedy płynęliśmy, słyszący zatrzymali nas i domagali się od nas kasy. Powiedziałem, że jestem niepełnosprawny, a oni wpuścili nam za darmo.

Własna łódź

[Józef Głowacki]:
Kolega głuchy powiedział: „zobacz, zazdrościmy, że oni mają duże łódki, a my mamy małą łódkę”. W tamtych czasach dużych łódek było mało na sprzedaż. Nam podobała się jedna z większych łódek, ale wnętrze łódki było w złym stanie. Wahaliśmy się, ale w końcu kupiliśmy tą łódkę. Okazuje się, że to była atrapa. Jednak wiedzieliśmy, że to nie była łódka z fabryki, a prywatnie zbudowana łódka-atrapa. Kiedy wróciliśmy do domu, zaczęliśmy pracować nad łódką. Zbigniew Gumiński miał doświadczenie w robieniu mebli, robił kuchnię i inne rzeczy w łódce, a ja zajmowałem się tymi ważnymi elementami łódki. Po skończeniu pracy nad łódką zabraliśmy łódkę na Mazury. Testowaliśmy ją płynąc, ale uznaliśmy, że w łódce jest jeszcze trochę rzeczy do zrobienia. Kiedy kończył się sezon żeglarski, zaczęliśmy dopracować łódkę. Pracowaliśmy nad nią codziennie, żeby zdążyć na nowy sezon, żeby nie stracić sezonu żeglarskiego. I wreszcie łódka była gotowa.

Piękna opowieść.

Obozy i kursy żeglarskie

[Maciej Joniuk]:
W książce napisał Pan, że krótko w Polskim Związku Sportu Niesłyszących u ówczesnego prezesa Grajka. Jak wspomina Pan czas współpracy?

Swego czasu znałem się z Grajkiem, wiedział, że żagluję. Kiedy Pan Grajek wysłał telegramem zaproszenie na spotkanie z nim, dotarłem na spotkanie i zaproponował współpracę w środowisku młodzieżowym „SAWA”, którego PZSG nadzoruje. W „Sawie” jeden z członków zarządu, Marek Cichosz, który żaglował u słyszących, zaczął uczyć młode osoby żeglarstwa a także innych dyscyplin sportowych. Zaproponował On, bym dołączył do współpracy w tym klubie. W roku 1996 zorganizowaliśmy pierwszy obóz żeglarski na Mazurach. To był taki skromny obóz, ponieważ nie było nas stać na duże wydatki, były kryzys, problemy ale przynajmniej udało się nam zorganizować i odbyć ten obóz.

W drugim roku zorganizowaliśmy obóz żeglarski nad morzem w ramach Olimpiady Głuchych w Kopenhadze w Danii w roku 1997. Razem z Cichoszem nawiązaliśmy współpracę z Ośrodkiem Szkoły dla Głuchych we Wrocławiu, w którym działała uczniowska sekcja żeglarska pod wodzą nauczyciela Pana Musiała na ul. Dworskiej. Zabraliśmy trzy łódki pożyczone z nadmorskiego ośrodka żeglarskiego w Trzebieżu. Podzieliśmy na 2 grupy. Pierwsza grupa z Wrocławia wyjechała na olimpiadę do Kopenhagi, a my jako druga grupa wyruszyliśmy z Trzebieża do Kopenhagi. Dotarliśmy na miejscu i postawiliśmy łódki na pasie olimpijskim. Wywiesiliśmy flagę z napisem „PZSG”. Delegaci, kibice patrzyli na nas. To była wspaniała przygoda. Po zawodach wróciliśmy do Polski.

Patent żeglarski dla głuchych

[Józef Głowacki]:
Ale to jeszcze nie koniec. Ja z prezesem (…) staraliśmy zorganizować kurs żeglarski na patent dla młodych. Próbowaliśmy skontaktować się z ośrodkiem szkoleniowym w Zegrzu. Mieliśmy spotkanie z zarządem tego ośrodka, porozmawialiśmy i zgodzili się na organizowanie kursu dla głuchych. To byłby pierwszy taki kurs szkoleniowy na patent dla głuchych. Niestety dopadł kryzys, były afery za sprawą Pana Cichosza. Później myślałem żeby założyć stowarzyszenie żeglarskie dla głuchych, ale ostatecznie dałem sobie z tym spokój. To już mój koniec z żeglarstwem.

Chyba wszystkie pytania już zadałem. Opowiadał Pan bardzo ciekawie o swojej historii. Chcę podziękować, że Pan zgodził się zrobić ze mną wywiad. Życzę zdrowia. Dziękuję za rozmowę.

Również wzajemnie dziękuję za rozmowę. Cieszę się, że moja opowieść zostanie opublikowana, długo nią schowałem, ale trochę z mojej winy, bo przez kilka lat siedziałem na Facebooku a mogłem już wcześniej opowiedzieć na tym portalu. Cześć!