Edukacja

Szkoła dla głuchych dawniej i dziś — część 3

Trzecia część rozmowy Asi i Piotra, którzy opowiadają o swoich szkolnych doświadczeniach, porównując współczesną szkolę dla głuchych ze szkołą sprzed 30 lat.

Umawianie się bez telefonu

[Asia]:
Dawniej nie było telefonów komórkowych. Jak głusi kontaktowali się ze sobą, umawiali na spotkania?

[Piotr]:
Szliśmy do domu kolegi, pukaliśmy do drzwi, pytaliśmy mamę, czy jest w domu.

A jeżeli mieszkał daleko?

— Mimo wszystko szliśmy, nawet jak było daleko. Zostawialiśmy kartkę w drzwiach. Następnego dnia znowu do niego szliśmy. Jeżeli udało nam się spotkać, pytaliśmy gdzie wczoraj był? Przyszliśmy, a on był nieobecny. Porozmawialiśmy, a potem w nocy wracaliśmy do domu.

My piszemy do siebie i umawiamy się przez telefon, kto do kogo przyjdzie.

— To my inaczej, odwiedzaliśmy się osobiście.

Języki obce w szkole dla głuchych

Uczyłeś się kiedyś języka angielskiego?

— W ogóle.

A niemieckiego?

— Też nie.

Był tylko język polski?

— Tak

Pamiętam, gdy chodziłam do szkoły dla słyszących, miałam niemiecki i angielski. W drugiej klasie język niemiecki został przerwany, bo przygotowywaliśmy się do komunii. W trzeciej klasie przeniosłam się do szkoły dla głuchych, a tam uczyłam się już tylko angielskiego, który miałam do trzeciej klasy liceum.

— My przez wszystkie lata szkoły nie mieliśmy żadnego języka.

Większość uważa, że łatwiejszy jest język angielski niż polski. W polskim jest dużo dodatkowych końcówek, a w angielskim jest tak samo, nic się nie zmienia.

Zawód marzeń?

Gdy byłeś mały, o jakim marzyłeś zawodzie?

— Nie myślałem o tym. Gdy byłem w szkole podstawowej, babcia powiedziała, że może warto żebym został stolarzem. Nie bardzo chciałem, ale ostatecznie zdecydowałem się na stolarza.

Ale to nie było Twoim marzeniem?

— Nie.

Ja jak byłam mała to miałam trzy marzenia. Pierwsze opiekować się zwierzętami w ZOO. Do dziś uwielbiam zwierzęta, jednak się rozmyśliłam. Potem chciałam być tatuażystką, bo bardzo lubię rysować. A trzecie marzenie, to być nauczycielką. Sama nie wiem dlaczego miałam takie marzenia jak byłam mała. Teraz marzy mi się skończyć studia. Wybrałam zupełnie inny kierunek.

— Marzyłem, żeby zostać mechanikiem samochodowym. Niestety, wtedy nie było tylu szkół zawodowych co teraz.

Jeden głuchy kolega opowiadał, że jest mechanikiem samochodowym, ale naprawia też inne pojazdy, np. traktory. Trzeba je rozebrać na części, a potem znowu poskładać. To taka ciekawostka. I on naprawdę jest głuchy.

Egzaminy w szkole

— Powiedz, jak dawniej wyglądały egzaminy?

— Egzaminy były pisemne i odbywały się w grupach, na koniec trzeciej klasy. Tylko pisemne.

Nie było egzaminu ustnego?

— Nie. Otrzymywaliśmy na kartkach zadania, które musieliśmy rozwiązać, a po napisaniu oddawaliśmy je.

Na maturze są trzy części obowiązkowe plus rozszerzone. Obowiązkowe to język angielski, matematyka i język polski. Egzaminy trwają 3 dni. A jeśli ktoś chce rozszerzony, to sam sobie wybiera przedmiot (jeden albo więcej). Ja wybrałam dwa. Potem, w kolejnym terminie mamy maturę ustną z języka polskiego, przed komisją. Na początku wchodzi się do sali i losuje zestaw pytań. Są dwa rodzaje pytań- na podstawie tekstu albo ilustracji. Ja miałam ilustrację. Potem jest 30 minut na przemyślenie i zapisanie sobie odpowiedzi. Potem opowiadasz komisji na podstawie wylosowanej ilustracji (w komisji też była moja wychowawczyni) i wychodzisz z sali, a oni Cię oceniają. W innym terminie pojawia się lista z wynikami, na której każdy sam może sprawdzić czy zdał.

— W zawodówce był tylko jeden zwykły, pisemny egzamin.

A w technikum były dwa egzaminy – zawodowy oraz matura. Ja w liceum miałam tylko maturę. W zawodówce też miałeś tylko jeden egzamin. Mogłeś też wybrać kierunek jaki Ci się podobał.

Gry i zabawy

— Jakie mieliście gry i zabawy w szkole podstawowej? Karty, inne gry?

Chodziłam do szkoły ze słyszącymi. Graliśmy w karty, ale ja słabo grałam. Lubiliśmy też bawić się na dworze. Na przykład w „policję i więzienie”, albo graliśmy w gumę (skakanie nad przywiązaną gumą).

— Skakaliście przez dwie skakanki?

To też, ale z jedną skakanką. Fajne też były wyścigi „kto pierwszy do mety”. Ciekawa też była zabawa ze słyszącymi „palec pod budkę”.

— Wtedy wszyscy uciekali?

— Nie, poczekaj. Na przykład, gdy ktoś wpadł na jakiś pomysł, to krzyczał „palec pod budkę!”. Kto zdążył włożyć palec do budki to był wybrany do wspólnej zabawy. Później dowiadywaliśmy się, co to za zabawa.

— Chodziło o to żeby kogoś złapać za palec? Podobała mi się zabawa, w której jedna osoba stała odwrócona do ściany, a reszta podchodziła do niej z tyłu.

Raz, dwa, trzy baba jaga patrzy.

— Po chwili, ten przy ścianie odwracał się i sprawdzał kto się rusza. Jeśli kogoś zauważył, ten odpadał.

Wiem, też w to graliśmy.

— Graliśmy też w „dwa ognie”. Trzeba było rzucać piłką. Kto został trafiony, to odpadał.

My na W-Fie zawsze graliśmy w „dwa ognie”.

— My też.

— Wychodzi na to, że mieliśmy podobne zabawy. Z czasem te zabawy były trochę inne. Potem gra w karty, tak?

W karty nie zawsze mogliśmy grać. Najpierw była nauka.

— A my, jak nie było jakiejś lekcji, albo zbliżały się wakacje, graliśmy w karty, oglądaliśmy film albo graliśmy w szachy.

— Dokładnie tak. Ja lubiłem szachy i gry planszowe.

— A ja nie bardzo. Zawsze jak kończył się rok szkolny, to mieliśmy czas na karty. We wrześniu, październiku to tylko nauka zamiast gry. Czasami na przerwie graliśmy.

— Graliśmy w „kapsle”.

U mnie tego nie było.

Kary dla uczniów

— Jeżeli nauczyciel zobaczył, że dzieci źle się zachowywały, to za karę ciągnął je za uszy?

U nas w podstawówce (w szkole dla słyszących) karą było pójście do kąta, a gdy ktoś zrobił coś poważnego, była nagana albo wzywani rodzice i zazwyczaj na tym się kończyło. Ale, żeby kogoś bić po rękach, po głowie albo ciągnąć za ucho, to nie.

— U nas, to ciągnęli za włosy, za ucho i bili po rękach wskaźnikiem do tablicy.

U nas tego nie było. Ale, na przykład moja koleżanka dostała książką w głowę, bo była niegrzeczna. Nauczycielka kilka razy prosiła ją, żeby się skupiła, aż wreszcie oberwała. W większości stukali w biurko, żeby nas zawołać. Niektórzy też rzucali kredą. Ja nigdy nie dostałam, ale widziałam jak inny dostali.

— To prawda, kredą też rzucali. Czasami za złe zachowanie uczeń dostał też brudną gąbką.

Podobnie jak u mnie. Z kolei gdy w liceum ktoś się źle zachowywał, to był wzywany psycholog.

Znaczenie logopedy dla niesłyszących

— A jak wyglądała Twoja współpraca z logopedą?

Od małego chodziłam do logopedy prywatnie, ale męczyłam się, nie lubiłam tego. Dopiero po jakimś czasie się przyzwyczaiłam. Na przykład logopeda uczył mnie wymawiać literę „s”, ale nie migał. Musiałam się sama domyślać. Aparaty mi pomagały. Ale lepiej mi się rozmawiało z moją słyszącą babcią niż z nieznajomym logopedą. Na początku ciężko mi było się przed nim otworzyć, ale później było łatwiej. Po jakimś czasie zmieniłam logopedę i od początku musiałam się przyzwyczajać do nowej osoby. On na próbę dał mi polecenie. Miałam coś napisać i przeczytać, ale nie mówić. Na przykład: „Proszę, wstań i idź”. No to ja wstałam. „Proszę idź do drzwi”. Poszłam. „Proszę otwórz drzwi”. Zrobiłam tak. Potem powiedział, żebym zamknęła drzwi i wróciła na swoje miejsce. Po prostu lekarz sprawdzał czy rozumiem konkretne polecenia.

— Słyszałaś jego głos?

Tak. Całkiem fajnie to wychodziło.

— Głusi troszkę inaczej mówią niż słyszący. Na przykład jeśli chodzi o literę „g”, to ja wymawiam jak „k”.

Tak. Głusi mają też problem z „sz”, „cz”, „ś”, „ć”, bo te głoski podobnie brzmią. Na przykład, gdy byłam w pierwszej szkole dla głuchych, to pani umiała migać, nie idealnie, raczej tak średnio. Wyjaśniła mi, że powinnam zwrócić uwagę na to, jak ona układa usta, gdy wymawia literę „s”.

— Tak. Usta płasko, przepuszczają powietrze.

Tak. Coraz lepiej szła mi nauka i nauczyłam się ładnie mówić.

— Na przykład litera „c” podobnie jak „t”.

Tak, tak.

— Mnie uczyła ciocia, a nie logopeda. Nauczyła mnie jak się wymawia litery.

Ja pamiętam, że ciężko mi było wymawiać literę „b”. Ciągle mówiłam „p”.

— Tak, „p” i „b” są podobne.

Na początku było ciężko, ale z czasem się nauczyłam. Ale też ciekawe jest to, że wielu głuchych nie potrafi mówić „r”.

— Prawda. Widać, jak przy wymowie „r” drga krtań.

Ale to trudne.

— W ustach musi drgać język, a w gardle struny głosowe.

— U mnie to szczęśliwy los, ale są osoby które wcale nie mówią.

— Różnie jest. Ale kto słyszy, to nauczy się mówić. Kto nie słyszy, to mu się nie uda.

Czasami niektórzy mają wadę wymowy i nie mogą wydobyć z siebie żadnego dźwięku, a inni nie mają takich problemów i mogą mówić.

Nauczyciele w szkole dla głuchych

— Gdy nauczyciele mówili jakoś dziwnie, a ja nie wiedziałem, o co chodzi, to kazali po prostu dalej się uczyć i ćwiczyć. Na przykład w mojej klasie, w podstawówce ja mówiłem najlepiej ze wszystkich uczniów. Pomagał mi kontakt ze słyszącymi i słabosłyszącymi. W ten sposób się nauczyłem.

Na lekcjach często jest hałas. Ale dużo zależy od nauczyciela. Jeśli nie jest cierpliwy, to często krzyczy „Cicho!”. Źle to wygląda. Są nauczyciele, którzy rozumieją, że to normalne, że uczniowie czasami gadają. Kiedyś była taka sytuacja, że nauczyciel pisał coś na tablicy, a na ręku miał zegarek. Gdy uczniowie migali do siebie, nauczyciel to widział w zegarku i zwrócił im uwagę.

— A no właśnie, złapał ucznia nie uważającego na lekcji, to mógł poprosić go do tablicy, żeby ten pisał zamiast nauczyciela, który mógłby sobie wtedy odpocząć. Uczeń musiał pisać, a nie migać.

Tak, albo za karę musiał się przesiąść na inne miejsce albo nawet usiąść w pierwszym rzędzie. A tu już nie mógł migać, bo był za blisko nauczyciela.

Ćwiczenia fizyczne w szkole

— Kiedy chodziłaś do szkoły podstawowej, albo potem do zawodowej, to rano przed zajęciami ćwiczyłaś fizycznie?

Nie.

— Ja tak.

W mojej szkole akurat nie było takiego zwyczaju. W innej szkole tak, ale ćwiczył tylko ten, kto chciał. Nie było przymusu.

— U mnie było tak, że rano wstawaliśmy, szykowaliśmy się i szliśmy na zbiórkę. Ćwiczenia były różne – rozciąganie, przysiady, itd. Potem braliśmy prysznic. Rano zawsze były ćwiczenia. Jeżeli ktoś chciał jeszcze poćwiczyć, to mógł pobiegać, ale tylko gdy było ciepło. Tak było tylko w szkole zawodowej, w klasach 1-3. W podstawówce nie.

A u nas kto miał ochotę to mógł sobie wyjść, a kto nie chciał to nie musiał.

— A kto Wam prał ubrania gdy byłaś w szkole podstawowej lub zawodowej?

Sami praliśmy swoje ubrania w pralce.

— A my mieliśmy kosz, do którego wszyscy wrzucaliśmy ubrania i zanosiliśmy go do piwnicy, gdzie była pralka. Natomiast w szkole zawodowej sami musieliśmy prać ubrania, bo pralka była stara — „frania”.

Ja w podstawówce i w gimnazjum w ogóle nie prałam ubrań w szkole, bo co tydzień wracałam na weekend do domu, więc tam wszystko prałam. Ale w liceum zostawałam w szkole na dwa, trzy tygodnie, więc korzystałam z pralki.

— W zawodówce osobiście musieliśmy zaopatrywać się w jedzenie.

Ooo, teraz jest gorzej.

— To znaczy wiesz, nie kupowaliśmy dużo.

U mnie w szkole jedzenie było dobre, ale kto chciał, to szedł na „fast-fooda” do McDonalda albo do KFC.

— Za moich czasów tego nie było. Chodziliśmy do spożywczego „Społem”.

A jak wyglądało wejście do Twojej szkoły? Można było normalnie wejść?

— Wszystko było ogrodzone. A jeżeli ktoś chciał iść do sklepu, to musiał mieć przepustkę.

W pierwszej szkole mieliśmy zeszyt, do którego trzeba było wpisać godzinę, o której wychodzę i wracam. Jeżeli ktoś mnie szukał, to mógł sprawdzić w zeszycie czy akurat mnie nie ma. W liceum musiałam mieć kartę. Bez niej niemożliwe było wejście do szkoły. Trzeba było przyłożyć kartę do czytnika i drzwi się otwierały. Był też zeszyt do zapisywania wejść i wyjść. Wszystko było dobrze nadzorowane.

Jak tańczą głusi?

— A jak wyglądały potańcówki?

Głusi, którzy mieli aparaty słuchowe, słyszeli muzykę. Ci, którzy ich nie mieli, wyczuwali wibracje.

— Tak, wibracje nadawały rytm.

Tak. A jeśli ktoś nie wyczuwał wibracji…

— Mruganie światła dyskotekowego też pomagało tańczyć.

Jeżeli ktoś uważał, że słabo tańczy, to patrzył na kogoś, kto świetnie sobie radził i go naśladował. Jak widać są różne sposoby. A u Ciebie jak to wyglądało?

— No ja trochę słyszę, a trochę wyczuwam wibracje. Jeżeli widziałem, że inni schodzą z parkietu, to ja też przestawałem tańczyć. Albo ktoś machał ręką na znak, że już muzyka przestała grać, żeby wszyscy wiedzieli.

Aha, czyli niektórzy głusi schodzili, a niektórzy dalej tańczyli, bo się nie zorientowali.

— Tak.

Jakie są Twoje wspomnienia ze szkoły?

Jeżeli macie jakieś wspomnienia ze szkoły, którymi chcielibyście się podzielić to piszcie w komentarzach albo opublikujcie vloga.

Bardzo dziękuję Ci za rozmowę.

— Ja też dziękuję.

— Pa pa.