Edukacja

Szkoła dla głuchych — dawniej i dziś. Część 2.

Szkoła dla głuchych dawniej i dziś. Druga część rozmowy Asi i Piotra, niesłyszących absolwentów różnych szkół dla głuchych i słyszących.

Rozmawiają Joanna Huczyńska i Piotr Płosa.

Nauka czytania przez dzieci niesłyszące

Piotr: Gdzie nauczyłaś się czytać?

Asia: W podstawówce trochę czytałam, ale nie było to moje ulubione zajęcie.

Później w liceum musiałam zapisywać na kartce ile minut i stron przeczytałam i dostawałam z tego ocenę. Gdybym się buntowała i nie czytała, dostawałabym ocenę niedostateczną. To był mój wybór. Mimo, że czułam się zmuszana, to właśnie dzięki liceum potrafię i bardzo lubię czytać.

— W podstawówce nie miałaś do tego serca?

— Średnio. Czytałam fragmenty, cienkie książki. Nie czytałam grubych książek, a teraz potrafię.

— Ja lekceważyłem czytanie, byłem leniwy. Nauczyciele mówili, więc nie interesowało mnie czytanie. Gdyby do mnie migali to chętnie bym się nauczył. W szkole zawodowej było tak samo. Później skończyłem już szkołę.

— To zależy od osoby. Jeżeli ktoś chętnie się uczy, to łatwiej mu to przychodzi.

— Ja nie miałem ochoty.

— To też zależy od nauczyciela. Jeżeli nauczyciel wyjaśnia, to chętnie się uczę. A jeżeli nie tłumaczy albo robi to byle jak, to ja już nie mam ochoty na naukę.

Aparaty słuchowe i implanty

— Pojawiła się nowość. Implanty.

— U mnie w klasie część osób miała implant, część miała zwykłe aparaty albo nie mieli ich w ogóle. To prawda teraz coraz więcej osób posiada implant. Dawniej chyba nie było implantów?

— W podstawówce miałem aparat – słuchawki z kwadratową pętlą. Gdy skończyłem szkołę zawodową, zostałem wezwany do lekarza i dostałem za darmo aparat słuchowy. Do dzisiaj używam aparatu.

— Moja mama i tata też opowiadali o tym aparacie słuchowym. Oboje taki mieli. Teraz mamy normalne aparaty.

Od najmłodszych lat noszę aparaty słuchowe. Dobrze mówię dzięki mojej babci. W aparatach słyszę tak jak słyszący. Może nie w 100%, ale prawie.

— Aparat jest wygodny. Słyszę samochody, gdy ktoś mnie woła. Aparat nie pomaga mi w rozmawianiu z drugą osobą. Tylko słyszę wołanie, gdy ktoś śpiewa, itp.

— W jaki sposób uczył Cię logopeda?

— Przez całą podstawówkę oraz szkołę zawodową nie chodziłem do logopedy.

— W ogóle?

— W ogóle.

— A jak wyglądał kontakt w domu z rodzicami?

— Mama do mnie mówiła. Przyzwyczaiłem się do tego jak mówi. Jeżeli kogoś nie znałem, nie rozumiałem go. Przy mamie dorastałem, więc się przyzwyczaiłem.

Joanna Huczyńska i Piotr Płosa opowiadają swoje doświadczenia ze szkół dla głuchych
Joanna Huczyńska i Piotr Płosa

Czas wolny i zajęcia po lekcjach

— Co robiłaś po lekcjach w podstawówce?

— Umawialiśmy się do kina. Lubiliśmy sztukę, więc chodziliśmy do muzeum. Chodziliśmy w nowe miejsca, których jeszcze nie widzieliśmy.

Po kolacji chodziliśmy grać w siatkówkę lub piłkę nożną, uprawialiśmy różne sporty.

W pierwszej szkole, gdy było ciepło chodziliśmy na dwór grać w piłkę. Rozmawialiśmy ze znajomymi w pokojach. Gdy czułam, że mam dużo nauki, skupiałam się na nauce. Gdy nie miałam nauki, wychodziłam.

Teraz dodatkowym plusem jest to, że można oglądać filmy w domu, w szkole na laptopie albo telefonie.

— W podstawówce po zajęciach chodziliśmy na dwór biegać, grać w piłkę, itp. Nie pozwalano nam wychodzić na miasto. Dopiero w IV klasie, po lekcjach mogliśmy wyjść na dwór, pograć w piłkę, wyjść do miasta, do kina

W szkole zawodowej, mogliśmy robić wszystko. Grać w piłkę, wychodzić na miasto, ale pod warunkiem, że mieliśmy przepustkę. Trzeba było napisać od której do której wychodzimy. Gdy wracaliśmy później, dostawaliśmy kary.

— Tak, u mnie było tak samo. W podstawówce musieliśmy wszyscy wychodzić z wychowawcą. Sami nie mogliśmy.

Chyba w klasie VI lub w gimnazjum mogliśmy sami wychodzić. Rodzice podpisywali zgodę i byli za nas odpowiedzialni. Nie nauczyciel. Przynosiłam zgodę i mogłam sama wychodzić, spotykać się ze znajomymi, iść na zakupy.

W liceum nie było problemu. Byliśmy dorośli, sami decydowaliśmy o sobie.

— W której klasie podstawówki mogłaś już sama wracać do domu?

— W podstawówce i gimnazjum zawsze jeździłam z rodzicami samochodem. W liceum zaczęłam sama jeździć pociągiem. Miałam wtedy 16 lat.

— Moja mama przyszła do szkoły podpisać pozwolenie na samodzielne wracanie do domu. Zacząłem sam jeździć pociągiem albo autobusem kiedy byłem w III albo IV klasie. Ale chyba to było w IV klasie.

W szkole zawodowej nie było potrzeby, żeby mama przyjeżdżała podpisać zgodę. W podstawówce musiała.

Dojazdy do szkół dla głuchych

— Daleko musiałeś jeździć do pierwszej szkoły podstawowej?

— Do pierwszej szkoły miałem około 100 km.

— To daleko. Moja pierwsza szkoła, nie ta z internatem, od domu była 30 km. Nie było komunikacji ani dobrego połączenia, dlatego jeździliśmy autem.

Później, gdy przeniosłam się do liceum jeździłam pociągiem, około 3 godzin.

Zajęcia sportowe i wycieczki szkolne

— W podstawówce, gimnazjum, liceum jeździłaś na olimpiady sportowe?

— W pierwszej szkole mało jeździłam. W drugiej szkole więcej jeździłam. Np. mieliśmy na SLS-ach z siatkówki mecze ze słyszącymi.

W I i II klasie uczestniczyłam w tym. W III klasie zrezygnowałam, skupiłam się na maturze. W I i II klasie albo my jeździliśmy na mecze, albo mecze odbywały się u nas.

— W podstawówce nie jeździłem na olimpiady. W I klasie szkoły zawodowej chodziłem na piłkę nożną, ale później przestałem. Za to w III klasie pojechałem na olimpiadę sportową dla głuchych, tam były dyscypliny sportowe takie jak pchnięcie kulą lub rzut oszczepem.

— Lekkoatletyka?

— Tak. Na tym się skończyło.

— Grałam w siatkówkę halową, plażową i piłkę nożną.

— W siatkówkę czy koszykówkę?

— W koszykówkę nie, w siatkówkę. Chłopcy startowali w zawodach koszykówki ze słyszącymi. Ja nie, ale oni tak.

— W podstawówce gdzie jeździłaś na olimpiady?

— W ogóle nie jeździłam.

— Byłem raz na olimpiadzie lekkoatletycznej w III klasie szkoły zawodowej, w Szczecinie.

— Gdzie wyjeżdżaliście na wycieczki w podstawówce?

— W podstawówce wyjeżdżaliśmy do różnych miejsc. Wyjeżdżaliśmy na turnusy nad morze.

— Razem z wychowawcą?

— Tak, razem z wychowawcą, były to wycieczki szkolne. Wszyscy jeździli, od najmłodszych po najstarszych.

Byliśmy na wycieczce w Toruniu, zwiedzaliśmy Warszawę. Byliśmy na Stadionie we Wrocławiu, na bezpłatnej wycieczce i mogliśmy obejrzeć mecz Japonia — Brazylia.

— A w liceum?

— W liceum byliśmy na klasowej wycieczce w Krakowie. Zwiedzaliśmy dużo muzeów.

Na przykład mieliśmy lekcję języka polskiego, na której był temat związany z daną wystawą w muzeum, to tam szliśmy.

— Wychowawca tłumaczył Wam w muzeum na PJM czy do Was mówił?

— Tak, tak, tłumaczył. W liceum tłumaczył. W podstawówce średnio. Tłumaczenie było w dużym skrócie. Były tłumaczone ważniejsze fragmenty. Całość nie była migana. Można było zrozumieć, o co chodzi.

— Jak długo byliście na takich wycieczkach?

— W Krakowie byliśmy 4-dni. Wyjścia do muzeów były jednodniowe.

— W podstawówce byłem na wycieczce w Ostromecku. Nie nocowaliśmy w hotelu tylko w internacie. Kiedy uczniowie ze Szczecina przyjeżdżali na wycieczkę do Ostromecka, do Bydgoszczy, wtedy uczniowie z Ostromecka jechali do Szczecina, na wymianę. Tak żeby nie było problemu z noclegiem. Takie same wymiany były z Krakowem czy Warszawą.

— Fajnie.

— W szkole zawodowej przez wszystkie III klasy, jeździliśmy na wycieczki w Bieszczady.

— Co to za znak?

— Bieszczady.

— Aaaa, w góry.

— Jeździliśmy na 5 dni pod namioty.

— Jeździliście na konkursy matematyczne?

— Nie, nie jeździliśmy.

— Ja cały czas jeździłam. W podstawówce jeździłam po całej Polsce

— Słyszałem o konkursach. Nie chciałem na nie jeździć. Wszyscy mieli dużą wiedzę matematyczną, mój poziom był trochę niższy ale brali w nich udział wzorowi uczniowie. Ja nie chciałem brać udziału, byłem średnim uczniem.

— W liceum jeździłam na konkursy, ale trochę mniej ze względu na konkurencję. Raz komuś się udawało, raz mnie. W podstawówce najczęściej tylko ja brałam udział w konkursach.

Joanna Huczyńska, absolwentka szkół dla głuchych
Joanna Huczyńska

Relacje głuchy — słyszący

— Miałaś dobre relacje ze słyszącymi koleżankami?

— Nie. Pamiętam pewną sytuację. W pierwszej szkole jeździliśmy busem razem ze słyszącymi na W-F na basen albo na halę sportową.

— Chodziłaś do szkoły gdzie byli głusi i słyszący, razem?

— Były dwie oddzielne szkoły. Ze względu na oszczędności jeździliśmy razem busem, głusi ze słyszącymi na W- F na basen. W jednym tygodniu mieliśmy basen, w drugim hale.

W tym busie jeździły z nami dzieci, które były od nas młodsze. Dokuczały nam gdy migaliśmy. Potrafię mówić. Zapamiętałam tę sytuację. Dokuczali nam, gdy migaliśmy. Akurat stałam blisko i zapytałam: „ Co chcesz?”. Zaskoczeni zapytali czy umiem mówić. Odpowiedziałam: „Tak, umiem”. Nic nie odpowiedzieli i przestali nam dokuczać. To był taki nieprzyjemny kontakt ze słyszącymi.

W liceum, byli różni ludzie. Słyszący, głusi, zintegrowaliśmy się. Rozmawialiśmy, naprawdę było w porządku.

— U nas byli sami głusi, nie było z nami żadnych osób słyszących. W szkole zawodowej było tak samo.

— W liceum była u nas osoba, która zupełnie nie znała języka migowego, tylko mówiła. Była niesłysząca albo słabosłysząca. Na początku w pierwszej klasie był problem z kontaktem. Później udało nam się zintegrować, uczyliśmy ją migać, a później już normalnie ze sobą rozmawialiśmy.

— Gdy skończył się rok szkolny i miałaś wakacje, nie miałaś problemu w rozmawianiu ze słyszącą rodziną?

— Moja rodzina jest głucha. Ale mam słyszącą babcię, z którą rozmawiam normalnie. Dzięki temu, że chodziłam od dziecka do logopedy mogę mieć kontakt z osobami słyszącymi.

Nie rozmawiam w 100% jako osoba słysząca, muszę pilnować ruchu warg.

Pamiętam, kiedyś jeździłam na konkursy z odczytywania mowy z ust. Zdobywałam I lub II miejsca.

Mając wiedzę oraz czytając z ust jest mi łatwiej zrozumieć osobę słyszącą.

— U mamy, na wakacjach miałem słyszących kolegów, z którymi rozmawiałem. Gdy raz zaprosiłem mojego głuchego kolegę i on zaczął do mnie migać, koledzy byli zdziwieni. Nie chciałem, żeby migał. Prosiłem, żeby przestał, że później porozmawiamy.

— Dlaczego?

— Koledzy nie wiedzieli, że ja migam.Gdy byliśmy w domu, migaliśmy. Gdy wychodziłem na dwór, nie migałem w ogóle. Po jakimś czasie stwierdziłem, że nie będę się z tym ukrywał i zacząłem migać. Koledzy słyszący byli w szoku. Chcieli, żebym im pokazał jak się miga, a później uczyłem ich migowego.

— Ja uważam trochę inaczej. Lepiej jest otwarcie migać, nie ukrywać się z tym.

— Tak, ale dawniej było inaczej.

— Wiem, wiem. Teraz myślenie jest inne. Na przykład u mnie w rodzinie są wszyscy głusi.

Zaprosiłam kiedyś pewną osobę na urodziny. Ta osoba umiała trochę migać, ale nigdy nie widziała prawdziwego świata głuchych. Kiedy wszyscy w domu zaczęliśmy migać, to osoba była w szoku. Była przyzwyczajona do słyszących, ale nie widziała rodziny samych niesłyszących. Była zaskoczona, że tak pięknie migamy.

Po powrocie do szkoły, opowiadała wychowawczyni, że mam głuchą rodzinę i jak pięknie migamy. Nie zdawała sobie sprawy jak to wygląda. To było takie otworzenie się na głuchych. Do świata osób słyszących jest przyzwyczajona, ale istnieje inny świat jak świat głuchych czyli coś nowego.

— Czy często osoby słyszące Ci dokuczają?

— Zależy. Umiem mówić, jest to dla mnie podporą. Jeżeli ktoś nie zna świata głuchych, obserwuje jak migam, ale nic z tego nie robi, to jest okej. Jeśli ktoś mnie przedrzeźnia, to się wtedy odzywam i jest zaskoczenie.

A Tobie dokuczali?

— Tak, też dokuczali. Przedrzeźniali mnie. Wtedy pytałem, czego chcą?

Szkoła dla słyszących czy głuchych?

— Chodziłeś do szkoły dla osób słyszących, a później dla głuchych. Jeśli możesz porównać, to która była lepsza?

— Dla głuchych była lepsza.

— Dlaczego?

— Nie umiałem wcześniej migać. Dzieci migały, więc się szybko od nich nauczyłem.

— Nauczyciele jak Cię uczyli?

— Mówili.

— Ciężko Ci czytać?

— Tak.

— To mamy podobnie. W szkole dla słyszących, dużo nie rozumiałam. Siedziałam w pierwszej ławce. Nauczycielka posiadała urządzenie FM. Miałam dodatkowe aparaty słuchowe, które łączyły się z jej urządzeniem. Nie używałam ich w ogóle. Wyłączałam je, nie rozumiałam nauczycielki. Nauczycielka sobie mówiła, ja trochę rozumiałam. Kontaktu nie było żadnego.

Nie lubiłam rozmawiać ze słyszącymi. Miałam tylko jedną koleżankę, z resztą w ogóle się nie kolegowałam.

Raz nauczycielka poprosiła mnie, abym pokazała alfabet w języku migowym. Stanęłam na środku klasy i uczyłam wszystkich. Trochę się wtedy zintegrowaliśmy. Jak poszłam do szkoły dla głuchych, poczułam, że to jest mój świat. Wszystko w pełni rozumiałam. Jeśli chciałam coś wiedzieć, mogłam o wszystko pytać, nie było bariery.

W szkole dla słyszących miałam barierę, nie wiedziałam jak mam zapytać o coś, czego nie rozumiem.

W szkole dla głuchych, mogłam o wszystko pytać, o co tylko chciałam.

Problemy z nauką

— Jakie miałaś oceny z wypracowań? Jak nauczyłaś się tak dobrze pisać w języku polskim?

— Potrzebowałam lat, aby się nauczyć. To nie było tak, że od razu umiałam napisać wszystko w języku polskim. Ćwiczyłam dużo, np pisząc wypracowania z języka polskiego.

W gimnazjum, podstawówce uczyłam się trochę pisać, ale czułam, że to było za mało. Też trafiałam na różnych nauczycieli.

Gdy przeniosłam się do liceum, okazało się, że źle piszę wypracowania. Nie wiedziałam, dlaczego. Wyjaśniali mi, zwracali uwagę gdzie poprawić błędy. Pytałam znajomych o konkretne słowa, co one znaczą. Uczyłam się nowych słów. W zamian za to uczyłam ich migać, np. co oznacza „ep” w języku migowym.

Nie znałam danego słowa z języka polskiego, wyjaśniali mi. Wzajemnie sobie pomagaliśmy. Nauczyciel sprawdzał moje wypracowania i pokazywał błędy.

Na matematyce, nie wiedziałam jak rozwiązać zadanie. Zgłaszałam się, pytałam. Nauczyciel do mnie podchodził, tłumaczył, ja nadal nie rozumiałam. Wiele razy pytałam i prosiłam o wytłumaczenie.

Kiedy kompletnie nic nie rozumiałam, prosiłam o pomoc kolegę, który był biegły w matematyce. Trzeba pytać, drążyć. A jak u Ciebie było?

— Nauczyciel matematyki uczył, ale nie rozumiałem. Koledzy migali, dzięki temu rozumiałem. Inaczej odbierałem nauczyciela, a inaczej kolegów.

— Jak pisałeś wypracowania z języka polskiego? Skąd wiedziałeś, gdzie coś źle napisałeś albo co należało poprawić?

— Pomagał mi głuchy kolega, któremu z kolei tłumaczył ktoś z rodziny. Tłumaczył mi błędy w języku migowym, mogłem więcej zrozumieć. Dzięki niemu trochę się rozwijałem.

Piotr Płosa, niesłyszący absolwent szkół dla głuchych
Piotr Płosa

Historia sztuki w szkole

— Czy miałeś taki przedmiot jak historię sztuki?

— Nie, nie miałem.

— Ja miałam. To była jedyna w całej Polsce taka lekcja. Dzięki tym zajęciom chodziliśmy na wystawy do muzeum, dowiedziałam się więcej o sztuce np o budownictwie, rzeźbie, malarstwie.

Mam drugie pytanie? O zawód?

— Jeśli chodzi o historię sztuki, to zgłosiłaś się gdzieś?

— Nie, nie. To była lekcja-przedmiot.

— W szkole były te zajęcia.

— Był to trzyletni program.

— Nie w podstawówce?

— Odbywała się rekrutacja w szkole. To jest rozmowa, w której szkoła decyduje, czy Cię przyjmie do szkoły, czy też nie. Na rozmowie, pytali czego oczekuję. Do jakiej klasy chcę iść, do A czy do B. Wybrałam klasę B. Były klasy A, B, C większość z klasy B była za przedmiotem historii sztuki. W klasie A proponowali WOS – wiedza o społeczeństwie. Dlatego miałam taki przedmiot.

Szkolenie zawodowe

— Jaki miałeś zawód?

— Uczęszczałem 3 lata do szkoły zawodowej, gdzie przyuczali na stolarza. W innych szkołach były inne zawody takie jak ślusarz, krawiec.

— Kucharz?

— Nie, nie było.

— Teraz są informatycy, graficy, kucharze. W szkole można było odbyć kursy policealne. Niedawno to zlikwidowali, ale były. Fotografia, ogrodnictwo, hotelarstwo oraz dużo innych.

Zabawy i święta szkolne

— Jak wyglądały u Ciebie zabawy szkolne? Karnawał?

— W podstawówce na karnawał zawsze się przebraliśmy w różnokolorowe ubrania. W szkole zawodowej też.

— Mieliście walentynki ?

— Walentynek? Za czasów komuny nie było takiego święta.

— Karnawały, Andrzejki miałeś?

— Tak.

— Dzień Kobiet?

— Tak, Dzień Kobiet – 8 marca.

— Opowiedz mi, jak dokładnie wyglądały imprezy szkolne?

— W podstawówce karnawał odbywał się na świetlicy.

8 marca – na dzień kobiet, rysowaliśmy dla wychowawczyni oraz innych nauczycielek laurki i je wręczaliśmy.

Andrzejki zawsze odbywały się na sali gimnastycznej, laliśmy wosk przez klucz.

— U mnie było podobnie. Na sali… A tak jeszcze z ciekawości. Czy wszyscy byli zawsze przebrani?

— Tak, wszyscy.

— U mnie to zależy. Mówili, że to jest dla dzieci, nie chcieli się przebierać.

— W podstawówce wszyscy byli przebrani. W szkole zawodowej już nie wszyscy, ale jednak większość się przebierała.

— Część się przebierała, chciała być dzieckiem. Większość nie chciała się przebierać, ponieważ uważała że to dziecinne. Trochę się pozmieniało.

— U mnie w podstawówce i w szkole zawodowej nie było Walentynek.

— U mnie były. W podstawówce mieliśmy taką skrzynkę, do której wrzucaliśmy Walentynki, oczywiście nie podpisując się, żeby ta osoba nie wiedziała, od kogo dostała Walentynkę.

Jak skrzynka się zapełniła, później w klasach były rozdawane. Ktoś dostawał mniej lub więcej Walentynek. Zgadywaliśmy, kto komu dał walentynkę. Część osób się przyznała, część pozostawiła to w tajemnicy.

— Gdy byłem w szkole zawodowej, w grudniu przed świetami robiliśmy losowanie, kto komu na święta ma kupić prezent.

— U mnie też tak było. Mieliśmy losowanie na Mikołajki lub Wigilię. Ale zanim kogoś wylosowaliśmy, każdy z nas musiał zrobić listę tego, co chciał dostać. Dzięki temu wiedzieliśmy, co kupić osobie, którą wylosowaliśmy. Bez listy ktoś mógłby być niezadowolony z prezentu.

— Każdy mógł powiedzieć co chce dostać. Wiadomo było od razu co można kupić. Kupisz prezent, który może okazać się nietrafiony – zostanie wyrzucony.

— No właśnie.